Kraftwerk, ludzie, maszyny -- koncert w Kongresowej

Kiedy zupełnym przypadkiem (jak to się często zdarza) dowiedziałem się o warszawskim koncercie Kraftwerk, wiedziałem, że opuszczenia go nigdy bym sobie nie darował. Kraftwerk -- zespół legenda. Na ich muzyce wzorowali się, wzorują i wzorować będą -- najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy -- pokolenia artystów, klezmerów i zwyczajnych partaczy. Bo we współczesnej, mniej lub bardziej rozrywkowej muzyce, wpływów wywartych przez pionierów ,,Technopop'' nie da się już wymazać.

Zespół, podobnie jak jego twórczość, jest pod wieloma względami nieprzeciętny. Rdzeń formacji stanowi duet dwóch niemieckich intelektualistów, którzy jasno zdefiniowali swoje podejście do muzyki, stworzyli przekaz, który w treści i formie okazał się być nad wyraz silny, trwając w niezmienionej postaci do dziś. Przekaz nadal żywy, nadal chętnie wykorzystywany i... nadal chętnie wypaczany, spłycany. Tak właśnie działa popkultura.

Jak wiadomo od połowy lat osiemdziesiątych w twórczości Kraftwerk działo się niewiele: zespół opuściło dwóch członków, z tzw. klasycznego składu, brakowało nowych nagrań, aktywność koncertowa ograniczona została do minimum. Najwyraźniej cyfrowa rewolucja, o dziwo, twórczości zespołu nie pomogła. Tym bardziej więc moje obawy związane z koncertem były silne, bo wielokrotnie widziałem już ,,legendy'', z których nic po latach nie zostało, prócz kojarzonej z dawnymi sukcesami, wyblakłej marki.

Wśród publiczności w Kongresowej dało się wyraźnie zauważyć, jak wiele różnych muzycznych subkultur ,,przyznaje się'' do Kraftwerk. Widać zespół wciąż, w przeciwieństwie do wielu ważnych przedstawicieli niemieckiej, elektronicznej awangardy tamtych czasów, cieszy się niesłabnącą popularnością. Jak mi się wydaje, poniekąd dzięki przedstawicielom współczesnych nurtów muzycznych z pogranicza modnego dziś dance - pop, nagminnie sięgającym po brzmienia i pomysły, których Kraftwerk był istną skarbnicą. Przy tej okazji przypomina mi się pewien wywiad Kazika Staszewskiego, który powiedział (wykazując się zresztą sporą ignorancją), iż poza Kraftwerk, który to zespół sobie bardzo ceni, nie istniało w zasadzie pojęcie ,,muzyki elektronicznej''. Znak to wyraźny, że zespół dzięki prostym rymom, mechanicznej aranżacji i ostentacyjnym odniesieniom do osiągnięć XX-wiecznej cywilizacji technicznej (komputer, radio, roboty, elektrownie jądrowe) kojarzony jest z elektroniką daleko bardziej, niż np. Tangerine Dream, czy Klaus Schulze -- wszyscy mający niemałe zasługi w dziedzinie wydobywania syntetycznych brzmień.

Na temat współczesnych występów zespołu celowo nie czytałem wiele chcąc podejść do koncertu możliwie bezstronnie, a i tak obawiałem się odświeżonych wersji koncertowych, którymi wielu dinozaurów zauroczyć chce młodą publiczność, przeobrażając koncert w kolejne ,,Dance Party''. Siedząc już na miejscu, w oczekiwaniu na pierwsze dźwięki, wyobrażałem sobie najgorsze możliwe scenariusze: Ralfa Huttera z pofarbowanymi na jasną zieleń włosami i w szerokich spodniach, Floriana Schneidera skreczującego zapamiętale dwoma gramofonami... Jestem przekonany, że przed koncertem miałem nieporównywalnie większą tremę, niż sami artyści. Z kruczoczarnych myśli wyzwolił mnie dopiero dźwięk znajomego vocodera.

Za rozsuniętą nagle kurtyną, za czteroma pulpitami stało czterech podstarzałych nieco panów w garniturach, czarnych krawatach i czerwonych koszulach... Równie bezosobowi, robotyczni, ztechnicyzowani jak na okładkach płyt sprzed dwudziestu lat. ,,Nie ma co się dziwić, nie są to twarze medialne...'' -- dotarł do mnie strzępek rozmowy gdzieś zza pleców. Prawda... W tym samym momencie, przysięgam, spłynęła mi po policzku łza wzruszenia. ,,Die Mensch Maschine'' również nic się nie zmienił...

Koncert był podróżą po twórczości zespołu. Nie zabrakło więc ,,klasycznych'' utworów, większość z nich grana była bez udziwnień i w sposób niewiele odbiegający od oryginału, za co jestem tym panom szczególnie wdzięczny. Większość też była prezentowana w wersji dwujęzycznej (angielsko - niemieckiej), co chyba było pewnym kompromisem, choć ja bym się zupełnie nie obraził, gdyby wszystkie wyśpiewane były w języku Goethego. Prezentowane w tle, na dużym ekranie obrazy i animacje również się nic nie zmieniły: znajome obrazki z ,,Autobahn'' zdjęcia z ,,Trans Europa Express'', prymitywne dziś, ale jakże charakterystyczne komputerowe animacje z czasów ,,Electric Cafe'' i ,,Compterwelt''. Tylko Volkswagen od zawsze rozpoczynający podróż po ,,Autostradzie'' jakby już miał pewne trudności z zapłonem. Niestety, nawet roboty nie są wieczne...

Kraftwerk spełnił moje marzenie: usłyszałem na żywo ,,Neonlicht'' (i to częściowo po niemiecku), choć w tym przypadku chciałoby się powiedzieć ,,łapy precz od filtra!''. ,,Nummern'' brzmiał i co najważniejsze wyglądał bardzo kraftwerkowo, bo panowie zamontowali sobie na krawatach urządzenia, które świeciły czerwonymi diodami podczas wypowiadania kolejnych numerków. Myślałem, że w dzisiejszych czasach nikt już nie będzie wygłupiał się przyczepiając sobie takie elektroniczne świecidełka typu ,,elektroniczna broszka'' z ,,Młodego Technika''. Na szczęście pomyliłem się! Nie można też nie wspomnieć o utworze ,,Taschenrechner'' (,,Pocket Calculator'' -- informacja dla słuchających w ,,międzynarodowym''), który zabrzmiał w trzech językach: Angielskim, Niemieckim i Polskim, co wzbudziło zrozumiałą owację publiczności, która nagradzała brawami każde słowo, rozluźnionego coraz bardziej (ku zgorszeniu pozostałych członków zespołu) Ralfa. Zresztą tekst ,,Jestem operator i mam minikalkulator. Ja dodaję, odejmuję, kontroluję, projektuję.'' brzmi w naszym języku równie zgrabnie, jak w oryginale, nieprawdaż?

Ogromne wrażenie zrobił też na mnie utwór ,,Sellafield 2'' brzmiący na żywo jeszcze bardziej złowrogo, podobnie też ,,Radioactivity'' (niestety, już tylko w wersji ,,Stop'', a szkoda, bo oryginał był jednak bardziej odkrywczy...). Jak jestem zwolennikiem energetyki jądrowej, tak zrazu po koncercie miałem ochotę pojechać, ot choćby do Żarnowca i przykuć się demonstracyjnie do pozostałości niedoszłej elektrowni. Na szczęście odpuściło mi na tyle, że pokusiłem się o drobne uzupełnienie wiedzy, z umiarkownym zdziwieniem odkrywając, iż stacja przetwarzania paliw jądrowych Sellafield od dawna nie jest już zagrożeniem.

Były też oczywiście słynne roboty, które, co stało się tradycją, zastąpiły w pewnym momencie muzyków. Dostały przynajmniej tyle samo braw, co żywi artyści, a i do złudzenia ich przypominały -- szczególnie ten udający Floriana. Różnił się od oryginału w zasadzie tylko tym, że zdecydowanie częściej się poruszał. Cóż, obecna technika nadal daleka jest od doskonałości.

Koncert dobiegł końca w wielkim stylu, bo muzycy -- aby podtrzymać komputerowy klimat finiszu -- przebrali się w ubrania przypominające kostiumy z filmu ,,Tron'', tylko bardziej świecące i kolorowe (a jakże...). Pod koniec każdy z nich odgrywał solową partię, po czym kłaniając się schodził ze sceny, aż został na niej tylko Ralf Hutter, który po brawurowych wyczynach na swojej konsoli, pożegnał się z publicznością. Kiedy ostatecznie zasłoniła się kurtyna, utwór ,,Music Non-Stop'' wybrzmiewał jeszcze długo, a gdy umilkły końcowe owacje zespół mógł już dojeżdżać do Düsseldorfu...

Niegdyś dziwiłem się, czemu Kraftwerk (znany przecież ze swojej wielojęzycznej, kosmopolitycznej muzyki, z pozytywnego przesłania) oskarżany był o faszyzm, czy totalistyczne inklinacje. Może to trochę dziwne (i pewnie przez artystów niezamierzone, choć w tym przypadku bezpieczniej jest Kraftwerk przecenić...), ale po koncercie nie wydaje mi się to już tak bezsensowne. Sam nie wiem, ale było w nich coś, co przyciągało jak magnes, docierało gdzieś do podświadomości i kazałoby wykonywać z mechaniczną dokładnością wszystkie polecenia, gdyby tylko takie padły... Człowiek to też maszyna -- teraz rozumiem to głębiej.

Krzysztof Gajdemski
krzysztof.gajdemski@debian.org.pl
2004.06.08