200 na wstecznym

Hi!

Stało się. Wybraliśmy się z Pinokiem na koncert Tatu. Nie mogliśmy się powstrzymać, pierwszy w Polsce, niedaleko (Łódź), tanie bilety, czemu by nie pojechać?

Koncert odbywał się w ramach festiwalu 4 kultur (no, Polacy, Żydzi, itd.). Niestety tego wieczoru miała grać również ,,Budka Szuflera'', więc z tą kulturą trochę przesadzono. Nie ulegało wątpliwości, że Tatu będzie na końcu, więc przemęczenie się przez ,,Budkę'' wydawało się nieuniknionym, traumatycznym przeżyciem.

Łódź, jak Łódź -- piękne to nie jest, choć Piotrkowska ma swój specyficzny klimat. Postanowiliśmy iść na piechotę (choć ponoć kawał), zasięgnęliśmy języka: spoko, nie jest to trudne zadanie. Niebawem ujrzeliśmy sporą grupkę młodzieży o średniej wieku ok. 15 lat. Nie ulegało wątpliwości dokąd zmierzają.

Przed ,,Halą Sportową'' -- miejscem naszej kaźni -- kolejka jak przed Roxbery. Na szczęście okazało się, że stoją po bilety. Jako, że byliśmy ich szczęśliwymi posiadaczami, bez problemów udało się więc wejść backdoorem; ledwo je nam sprawdzono, zapominając zupełnie o szczegółowej kontroli. Ja żałowałem, że nie wziąłem swojego aparatu, Pinokio -- że nie wziął swojego ,,motylka'' (pieczołowicie wieczorem ostrzonego o skórzany pasek).

Zaopatrzyłem się przezornie w piwo i udaliśmy się w okolicę sceny. Jako, że średnia wieku nie zwiększyła się, chcąc - niechcąc zaczęliśmy przyglądać się zaczynającemu się koncertowi. Zapowiadali Artur Orzech (do bani jak zwykle) i Marek Wiernik (który chyba niezbyt dobrze czuł się wśród piętnastoletniej gawiedzi -- ale nic dziwnego, skoro zaczął odwoływać się do najbardziej znanych każdemu małolatowi zespołów: Tangerine Dream i Kraftwerk).

Zaczęło się. Wystąpił zespół ,,Drewutnia', skojarzyło mi się z ,,Siekierą''. Nic bardziej mylnego. Poleciały wióry, więc poszedłem po piwo.

Potem na scenę wyszedł jakiś lokalny chyba zespół rockowy. Jak powiedział Pinokio: ,,takiej chały nie widziałem od czasów olsztyńskiej Zarazy''. Mylił się, Zaraza w porównaniu z tym czymś, to wypas jakich mało. Jasnym punktem był tylko gościnny występ Wandy Kwietniewskiej, która najwyraźniej jest ciągle w całkiem niezłej formie. Zaśpiewała ,,Siedem Życzeń''. Było wesoło. Dziwny zespół znów zaczął solowe popisy. Poszedłem po piwo.

Kiedy wróciłem okazało się, że nastał czas na niemiecki hiphop. Zaczęliśmy się bać nie na żarty. Rzeczywistość przerosła najgorsze koszmary. Nie dość, że hiphopu tam było jak na lekarstwo, to jeszcze kolesie jako żywo przypominali ,,Just 5'', albo innych chłopców z kibla, wywołując całkiem spory aplauz wśród nieletniej publiczności. Musiałem zaleczyć piwem.

Myśleliśmy, że gorzej już nie będzie. Nie doceniliśmy Izraealskiego zespołu, którego doniosłej nazwy tu nie pomnę. Dość, że wokalista wyskoczył w obcisłej majtkosukience z falbankami. Na wibrujące dzwięki nie trzeba też było długo czekać. Zostawiłem Pinokia, który z nudów zaczął rozstrzygać wewnątrzkoncertowe potyczki i udałem się po symboliczny browarek.

Mając w pamięci błękitnego wokalistę, postanowiłem zamienić kilka słów z paniami sprzedającymi. Zaintrygowała mnie plakietka z napisem ,,Raj'' dumnie przypięta do piersi młodych niewiast. Nieśmiało zapytałem o inklinacje do pewnego katolickiego programu telewizyjnego, wyrażając jednocześnie uprzejme zdziwienie, nad tak pozytywną zmianą profilu działalności. Niestety, zbieżność nazw była absolutnie przypadkowa. Widząc mój nieopisany smutek, dziewczęta podzieliły się garścią plotek odnośnie zespołu Tatu, odnoszących się głównie do ,,sprawdzonych'' informacji na temat orientacji seksualnej dziewcząt. Nie chcąc wchodzić w tak śliski, czy raczej trudny temat wziąłem swoje piwo i potykając się o porozrzucane losowo, przytulone do siebie dziewczęce pary, wróciłem do pozostawionego na pastwę Izraelitów przyjaciela.

Wybitne już znudzenie płynącymi z głośników wynurzeniami w temacie ,,Make tea not war'' zmusiło nas to do nawiązania krótkiej rozmowy ze stojącą niopodal, dobrze zapowiadającą się, inteligentną młodą dziewczyną. Jak się okazało uczestniczyła w organizacji koncertu i podzieliła się z nami elektryzującą wiadomością, iż chłopaki spod ,,budki'' jako ultra, mega gwiazda wystąpią PO Tatu!!! Nie dowierzając tym informacjom, wylegitymowaliśmy młodą osobę. Rzeczywiście, miała dokumenty organizatora. Nasza radość nie miała granic. Uprzejmie poprosiłem więc naszą nową koleżankę o załatwienia wjazdu za kulisy. Ta jednak nagle rzuciła się do ucieczki. Być może przypomniała sobie o jakimś ważnym spotkaniu. Nie wierzcie plotkom jakoby moja skromna osoba była tego bezpośrednią przyczyną.

Znudzeni przeciągającym się występem nieco głośniej zaczęliśmy protestować, odpędzając jednocześnie uprzejmymi gestami przelatującą dookoła kamerę, z dużym prawdopodobieństwem przyczyniając się do polepszenia walorów artystycznych telewizyjnej relacji. Chyba nie tylko nam się nie podobało, po z najbliżej stojącego tłumu dało się słyszeć nieśmiałe uwagi, że ,,w zasadzie to oni mają rację''. W każdym razie parafrazując Woodiego Allena, mogę powiedzieć, że po takiej dawce Izraelskiej muzyki sam miałem ochotę zorganizować holocaust.

W tak sympatycznej atmosferze udało się nam wreszcie doczekać Tatu. Sądzac po owacjach z jakim zespół został przyjęty, można bez przesady powiedzieć, że promil wielbicieli ,,Budki'' był raczej niewielki, podobnie zresztą do promila alkoholu w mojej krwi. Nie chcąc jednak nic uronić z koncertu postanowiłem przyjąć ten stan rzeczy jak mężczyzna.

Jak na koncert z playbacku było całkiem nieźle. Dziewczyny skakały, podobnie jak publiczność, wszystko generalnie było w porządku -- jak na koncert z playbacku... Jako, że przezornie usunęliśmy z pobliża sceny pseudofanów zespołu mogliśmy z bliska przyjrzeć się dziewczynom. Standardowe stroje (krótkie spódniczki, brak biustonoszy -- czyli to co tygrysy lubią ponad brykanie) pozwalały ocenić wygląd. Julia wyglądała całkiem pozytywnie, lepiej może niż na niektórych teledyskach. Jednak Lena złamała mi serce. Figura daleko odstawała od tego, co można było zaobserwować w licznych obrazach telewizyjnych, tapety miała więcej, niż pomieści się w średniej wielkości hurtowni z materiałami wykończeniowymi. Przegięcie jakich mało. Zresztą za inteligentnie to nie wyglądały obie, co już drastycznie kłóciło się z moimi wyobrażeniami.

Po odśpiewaniu kilku piosenek zespół zaczął realizować standardowy chyba program artystyczny, bo poprosił na scenę dwie pary: złożone z 2 chłopaków i 2 dziewcząt. Fajnie wyglądała selekcja, bo zajmował się nią koleś, może manager, o wyglądzie rasowego rosyjskiego mafioza rodem z głębokiej tajgi, który zaopatrzony w sprytne urządzenie, czyli latarkę punktową wskazywał kandydatów do występu scenicznego. Nie wiem po co to miało być i czym kierował się gospodin... może tam taki mają zwyczaj? Pary weszły na scenę, po czym artystki zachęciły je do wzajemnego całowania się, tzn. dziewczyny z dziewczynami, itd. Dziewczynom przyszło to łatwo, ale chłopaki (cóż za niespodzianka!) wymiękli, narażając się na ogólną krytykę. Za moment pojawiła się kolejna para, która już takich skrupułów nie miała, za co w nagrodę otrzymała plakat. Warto było, nie?

Z ciekawostek czekała nas jeszcze prezentacja lasek z baletu, z których każda otrzymała trudne i z pewnością zaskakujące pytanie: ,,Ty nas liubisz?'', wszyscy z niekłamanym zadowoleniem wysłuchiwali twierdzącej odpowiedzi, o dziwo, jednej z dziewczyn chyba nie specjalnie mogło to przejść przez gardło, bo gdyby mogła to by się chyba w te pędy teleportowała. Tak niespodziewane zdarzenie z pewnością postawiło by pod znakiem zapytania dalszą część koncertu, dlatego wszyscy z niekłamaną ulgą odnotowali koniec prezentacji, a ja dodatkowo poczułem sympatię do tej koleżanki, której zachowanie było chyba jedynym naprawdę spontanicznym podczas całej imprezy...

Być może pod wpływem tego zdarzenia, trochę trzeźwiej (trzeźwość była co prawda w tym przypadku pojęciem bardzo względnym) spojrzałem na całe przedstawienie. Patrząc na scenę uświadomiłem, że mamy tak naprawdę do czynienia z wyreżyserowanym, odegranym ze znudzeniem i rutyną widowiskiem, którego główne bohaterki przypominają zwykłe kukiełki brutalnie wykorzystywane przez młody jeszcze, więc nie oklepany, zaopatrzony w bazę świeżych pomysłów rosyjski pop-przemysł. Razem ze swoim -- nie mam co do tego wątpliwości -- pozorowanym na potrzeby chwytliwego image'u homoseksualizmem, pozorowanym buntem, pozorowaną dojrzałością, iluzją stworzoną przez wykwalifikowanych specialistów z zakresu psychologii tłumu (od których notabene zachodni koledzy mogliby wiele się nauczyć), razem z muzyką, za którą kryją się z pewnością lata praktyki z czasów ,,Kraju Rad'', zespół stanowi doskonały przykład tandetny tak zręcznie zakamuflowanej, że mogącej przyciągnąć kogoś więcej, niż rzeszę rozwrzeszczanych nastolatków.

Wraz z ostatnimi nutami programowego (bo na pewno nie wywołanego!) bisu odeszła we mnie wiara w ambitną, spontaniczą popkulturę początku nowego tysiąclecia, mającą być rzekomo wybawieniem z nawału wszechogarniającej, zachodniej sieczki, w nowe charyzmatyczne i -- mimo młodego wieku -- świadome swojej roli jej przedstawicielki i w możliwość pogodzenia dyskotekowych hitów (nawet w tak pięknym jak rosyjski języku) ze sztuką. Wszystko to odeszło, zostawiając osad zażenowania i zadumy nad własną naiwnością, głupotą i podatnością na zupełnie nowe socjotechniczne sztuczki, nie potrzebujące już dla uzyskania zaprogramowanego efektu ani prasy, ani telewizji...

Jedna rzecz tylko była pozytywna: miałem okazję obserwować największą od momentu wojennych bombardowań ewakuację, po tym jak zapowiedziano ,,Budkę Suflera''. Warto było to zobaczyć.

Krzysztof Gajdemski
krzysztof.gajdemski@debian.org.pl
2002.09.07